niedziela, 31 maja 2009

Koniec (kulinarnego) świata

No i nadeszła ta chwila... miałam okazję zajadać ślimaki.
Nastawiona bojowo, bo przecież nowe smaki to dla mnie przyjemność. Jednak w momencie, kiedy te małe winniczki z różkami patrzyły na mnie z talerza, ogarnął mnie strach.
"Że niby JA mam to włożyć do ust?", "Że mam to wyssać ze ślimaczego domku?", "No way, nao e possivel!"... Wszyscy łapczywie pochłaniali biedne ślimaki, mama Daniela i tata i ciocia i kuzynka. I nawet mały synek kuzynki. Przybiegł brudny z podwórka z piłką w dłoni i łap, cap - ślimak w buzi. Uśmiechnięty, tak jak gdyby skonsumował landrynkę. Boże... miałam przed oczami Jasia i Stasia, którzy budowali ślimakom zamki w piaskownicy i fundowali im basen wodą z konewki. Widząc mnie w konsumpcyjnej akcji, dostaliby chyba zawału.
Spróbowałam, bo do odważnych świat należy. Nie były smakowo złe, nie umiem porównać do czego podobne, aczkolwiek kwestie estetyczne nie pozwalały mi rozkoszować się przyjemnością jedzenia.
Dziękuję, wiem już jak smakują i na tym poprzestanę. Cały wieczór czułam jak mi się ślimaczą w brzuchu. Z tymi różkami i gumiastym ciałem...jestem mordercą.








środa, 27 maja 2009

32 stopni w cieniu

Finalmente! Słońce dotarło do Lizbony. To przedziwne, ale przez ostatnie tygodnie mieliście w Polsce cieplej, niż ja na końcu Europy, gdzie zazwyczaj w maju panują upały.
Oczywiście nic nie trwa wiecznie i w wiadomościach podają, że tak ciepło będzie tylko do soboty. Trzeba więc to wykorzystać. Dzisiaj byliśmy z Danielem na plaży. Tradycyjnie wybraliśmy Carcavelos. Grzało nieziemsko. Pierwszy raz miałam okazję poczuć na własnej skórze, jak bardzo upalnie może tu być. Gdy przyleciałam w sierpniu zeszłego roku, nie było tak ciepło jak teraz.
Nie wzięłam aparatu, ale wkleję zdjęcie znalezione w necie plaży w Carcavelos.

Niech to będzie reklama i zaproszenie na wakacje.
Generalnie dzisiaj bardzo pozytywny dzień, ponieważ dostałam informację z uczelni, że przyznali mi dodatkowe pieniążki. Także stać mnie na wakacje w Hiszpanii i Gibraltarze i na spokojne życie w Lizbonie do końca września na pewno. A jak uda się z pracą, to zobaczymy co dalej...
A to Cascais, 15 minut dalej za Carcavelos. Taki kolor miał dzisiaj Ocean... raj!

TARA PERDIDA!

Wczoraj znalazłam się w Evorze, uroczym miasteczku położonym na południe od Lizbony. To rejony pięknego Alantejo. Ta część kraju chwali się pięknymi winnicami i co za tym idzie, znakomitym winem. To także główny obszar rolniczy Portugalii, szczególnie dużo tu dębów korkowych i oliwek.
Za czasów rzymskich region był jednym z lepiej prosperujących części prowincji Luzytania, o czym świadczy między innymi dobrze zachowany akwedukt i Świątynia Diany w Évorze.
Pojechaliśmy z przyjaciółmi Daniela: Ribeiro, Ritą i Ruth na koncert kultowego zespołu Tara Perdida. Jako, że w Portugalii obecnie trwają juwenalia ( podobnie chyba jak w Polsce, prawda?) - ten koncert wymagał obecności. Nie muszę pisać, że to ulubiony zespół Daniela i Ribeira.
Jako support wystąpiła Rita Redshoes. Dwa linki do jej piosenek. Przyjemne, dziewczyna ma świetny głos, bawi się tonacjami, zaśpiewała nawet piosenkę Johnego Casha.
LINKI:
http://www.youtube.com/watch?v=UtLiW8NXoaA&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=BzqOerHUOF4&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=DjSyUMaYq7w&feature=related

Znając punktualność Portugalczyków, liczyłam, że gwiazda wieczoru spóźni się conajmniej z godzinę. Zdziwiłam się, bo zaczęli z piętnastominutowym poślizgiem. Zagrali świetny koncert.
Znałam kilka piosenek. Wyskakałam się, wykrzyczałam.
Brakowało mi takiego rockowego klimatu. Już marzę, żeby zabrać Daniela na Kult albo Myslovitz.

LINKI: ( posłuchajcie portugalskiego rocka/punka i zobaczcie fragmenty Lizbony)
http://www.youtube.com/watch?v=K90QcZB1Dak&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=aOW8tq4iVvY&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=MEuL54fLfAc&feature=related


Poznajcie Makakę, Daniel mi ją przywiózł z Gibraltaru. Trzyma bilet na Tara Perdida :-)

czwartek, 21 maja 2009

E jak Erasmus

Kolejna końcówka miesiąca i kolejne mega oszczędzanie. Zostało 10 euro, a kochana uczelnia dalej nie wysyła pieniążków. I co biedny Erasmus ma zrobić...
Idzie więc do Continente i wybiera najtańsze produkty:

mleko marki E za 30 centów
jajka sztuk 6 za 60 centów
bułeczki (6 w paczce) za 0,5 centów sztuka
mięso mielone marki Continente - 1 euro
makaron marki E - 40 centów
jabłka i banany - za 80 centów/kg

I wychodzi Erasmus z Continenta zadowolony, że udało mu się zakupić jedzenia na tych ostatnich kilka dni miesiąca, nie czując wyrzutów sumienia.
Joanna wpadła na pomysł, że marka E to na pewno "E jak Erasmus". Głowę dam, że twórca sam był jednym z nas i postanowił pomóc biednym współtowarzyszom niedoli.

Cóż... słońce, ocean i palmy, ale problemy finansowe także. Takie życie, nie można mieć wszystkiego...

PS. Sponsoring mile widziany - pieniądze prosimy przesyłać na adres: Rua Maria Veleda Torre 1, Lisboa ;)

sobota, 16 maja 2009

Truskawkowo


Pierwsze ciasto w Lizbonie

poniedziałek, 11 maja 2009

Madrid - fotorefleksje

Wróciłyśmy szczęśliwie do Lizbony. Po długiej i męczącej nocy na lotnisku w Madrycie, spałam całą niedzielę. Asia zrobiła ponad 800 zdjęć. Postanowiłam je jakoś podzielić i wybrałam dla Was najciekawsze.

Stolica Hiszpanii oczarowała mnie swoimi zabytkami: Palacio Real, Plaza Mayor, Plaza de la Villa, Plaza de Torros de las Ventas i wiele wiele innych...


Wszędzie znajdują się parki, w całym mieście sporo zieleni i bardzo zadbanych ogrodów...


I te pomniki...od papieża, po poetów, na niedźwiedziu molestującym drzewo kończąc ( btw. ten miś to symbol miasta)


W upalne dni dla spragnionych wody znajdą się liczne fontanny i stawy...szczególnie piękne znalazłyśmy w Parku Retiro.


Nasz budżet nie był zbyt wysoki, więc i nie skosztowałyśmy słynnych hiszpańskich smakołyków, ale za to zachwycałyśmy się pysznymi hiszpańskimi bagietkami, witrynami sklepów, które pełne były lokalnych wędlin i zachęcającymi słodyczami, które kusiły zza okien...


I te drobiazgi, jak ciekawe symbole metra, zabawne pomniki ludzi z pistoletami, urocze vespy i ciekawe budynki. A noc spędzona na podłodze ( bo stolicę Hiszpanii nie stać na krzesła dla oczekujących na samolot) pozostanie na długo w mojej pamięci...

Madryt bardzo polecam. W sam raz na weekend - bo można zobaczyć najciekawsze zabytki, przespacerować się Retiro i poczuć klimat dużego ( DUŻEGO) miasta. Strasznie dużo ludzi na ulicach, korki, turyści, ogromne budynki. Można się poczuć jak w metropolii.
Język hiszpański po raz pierwszy wydawał mi się dziwnie miękki - po tylu miesiącach obcowania z portugalskim to chyba naturalne.
Dziękuję Basi za spotkanko - było bardzo miło, pozdrawiam i życzę powodzenia w Madrycie!

I wiecie co, jednak mimo wszystko wolę Lizbonę... ;-)

czwartek, 7 maja 2009

Zycie jak w MADRYCIE

Po kilku bardzo zabawnych przygodach znalazlam sie w Madrycie! Wlasnie siedze przy hiszpanskim winku i podziwiam widok z okna, a jest spektakularny! Samo centrum stolicy Hiszpanii, szoste pietro i widok na Ministerstwo Bezpieczenstwa, Muzeum Narodowe i glowna aleje Madrytu. (Wybaczcie brak polskich znakow, ale uzywam hiszpanskiej klawiatury).
Mialysmy niezle przygody, bo pomylilysmy godziny lotu i zamiast o 14, okazalo sie, ze mamy samolot o... 12! Wyjechalismy z mieszkania o 11.20!!! Cudem udalo nam sie zalapac. I nie bylysmy ostatnie! O dziwo spoznil sie takze pewien pan, ktory ku naszemu zdziwieniu byl niezwykle spokojny (typowy Portugalczyk). Rekord pobity, nie sadzilam, ze jeszcze nas odprawia. Lot trwal 55 minut. Wygladalysmy z Asia zabawnie biegajac tam i z powrotem po lotnisku szukajac odpowiedniego wejscia. Cale zlane potem, zauwazylysmy, ze zamieniamy sie w weze... moi drodzy, stracilam 70% mojej opalenizny! Wygladam i czuje sie jak waz. Skora ze mnie schodzi platami i swedzi jak diabli! ( czyt. czeka mnie powtorka z rozrywki).
Madryt powital nas piekna pogoda: 28 stopni i bardzo slonecznie. Jutro ma byc podobnie, wiec juz nastawiamy sie na kolejny dzien zwiedzania. Planujemy ogrody, stadion Realu Madryt, wieze i Palacio Real, a wieczorkiem Olympio (moj znajomy, u ktorego sie zatrzymalysmy) zabiera nas na drinka i slynne hiszpanskie tapasy. Sobota uplynie pod znakiem odwiedzin trzech najslynniejszych muzeow, gdyz podobno wstep jest bezplatny. No i mam zamiar spotkac sie z kolezanka Basia, ktora mieszka tu od jakiegos czasu. Wracamy w niedziele z samego rana.
Zapowiada sie wspanialy czas. I to nie prawda, ze Madryt jest brudny i nudny. Co zauwazylysmy: bardzo czyste ulice, dobra kawa, zadbane budynki i swietna organizacja w miescie. Co zabawne, przypadkiem znalazlysmy sie w dzielnicy gejowskiej i jakze wielkie bylo nasze zdziwienie dla tolerancji tutejszych ludzi. Olympio powiedzial nam, ze 10% ludzi w Madrycie to homoseksualisci. (Teraz rozumiem Almodovara) Hiszpania jest bardzo tolerancyjnym krajem. No... takze mialysmy troche przygod dzisiaj, adrenaliny az za duzo jak na jeden dzien. Teraz konczymy winko i kladziemy sie do lozeczek. Jutro kolejny dzien podboju Madrytu!

sobota, 2 maja 2009

red red wine...

Uprzejmie informuję, że spaliłam się dzisiaj na płomienną czerwień. Kropka.


ZNA KTOŚ JAKIEŚ SPRAWDZONE SPOSOBY ŻEBY ZAŁAGODZIĆ BÓL?
PS. Kefiru tu nie ma, robię zimne okłady, smaruję się kremami i biorę chłodne prysznice.

Że też głupol zawsze popełnia te same błędy...

piątek, 1 maja 2009

1 Maja, Dia do Trabalhador

Portugalczycy niezwykle gwarnie obchodzą Święto Pracy. Postanowiłyśmy z Asią wybrać się na coroczny pochód ulicami Lizbony. Znowu były sztandary, pieśni patriotyczne i goździki.
Marsz rozpoczął się na placu przy Martim Moniz, a zakończył przy Alamedzie.