
"Pojechały dzieci na wieś", czyli ja i Ola w Covilha.
Czas biegnie nieubłaganie, a ja powoli wtapiam się w wielkomiejską rzeczywistość. Lizbona nie jest ogromną metropolią, wielu uważa ją za bardzo kameralne miasto. Dla mnie jednak ciągle kryje masę zagadek i jej odkrywanie stanowi nie lada wyzwanie. Mieszkając tu już prawie cztery miesiące, nie zdołałam zobaczyć wszystkich dzielnic, a nazwy niektórych stacji metra ciągle czekają na moją wizytę. Lizbona ma według mnie rewelacyjną lokalizację. Miasto znajduje się na siedmiu wzgórzach, jezdząc z dzielnicy do dzielnicy, ciągle ma się wrazenie, że odkrywa się nowe miasteczko. Oczywiście wartością jest bardzo bliski kontakt z Oceanem i ciepły klimat. I te mosty, te pomniki, te place oświetlone nocą i "pasztelarije" kuszące zapachem espresso i pastais de nata. W Lizbonie czuje się klimat i nikt mi nie wmówi, że to miejsce nie jest niezwykłe. Bo dla mnie jest najpiękniejszym miastem z Europie.
Piszę to wszystko, bo będąc ostatnio w Covilha, usłyszałam opinię, że stolica Portugalii jest nudna, nie posiada niczego poza ciekawymi zabytkami i nie zachwyca. Nie mogę się z tym zgodzić. Dla mnie na zawsze będzie drugim domem.
Jednakże nie można ograniczać się tylko do jednego miejsca. Postanowiłyśmy wyruszyć na północny-wschód kraju, żeby poczuć klimat jesieni w portugalskich górach. Przyjaciółka Oli mieszka tam w urokliwym miasteczku o nazwie Covilha. Magda, bo o niej mowa, studiuje na tamtejszej uczelni w ramach Erasmusa. Jednak nie jest to tradycyjny Erasmus. Okazuje się, ze w Covilha mieszka ponad 30 Polaków. Akademik został przez nich opanowany, mieszkańcy tak się przyzwyczaili do ich obecności, że zaczęli mówić po polsku. Nie będę wspominać, że oczywiście nasze rodzime "k****" usłyszeć można z ich ust. Szczególnie, kiedy mowa o młodych Portugalczykach, którzy nawet nie zdają sobie sprawy ze znaczenia. Udało nam się przenocować za darmo w akademiku u Magdy. Bardzo ładny budynek, przerobiony ze starej fabryki, z masą przestrzeni w środku, przestronnymi pokojami i wygodnymi kanapami na korytarzach. Aby nasze nogi stanęły w Covilha, musiałyśmy spędzić cztery godziny w pociągu. Byłam bardzo miło zaskoczona, kiedy zobaczyłam, jak wyglądają portugalskie pociągi. Początkowo sądziłyśmy, że może to pomyłka, że może weszłyśmy do pierwszej klasy. Ale nie, to standard - wygodne fotele, stoliczki, klimatyzacja, bardzo czysto. No! Tak można podróżować!
Jako, że genialnie spóźniłyśmy się na pociąg o 8, zmuszone byłyśmy jechać tym o 14. Dotarłyśmy więc koło 18 na dworzec w Covilha, gdzie czekali już na nas Magda i Michał. Kilka minut później miałyśmy okazję przekonać się na własnej skórze, że "Tutaj wszędzie jest pod górkę" :-) Strasznie strome schody, wspinaczka z plecakami - okazało się, że mieszczuchy zapomniały, co to znaczy kondycja. Drugiego dnia jednak nadrobiłyśmy z treningiem, ponieważ wybrałysmy się w góry. Nie dotarłysmy wprawdzie na Torre, czyli najwyzszy szczyt kontynentalnej Portugalii ( 1993 m n.p.m.), ale udało nam się dostać na Penha de Saude, gdzie odwiedziłyśmy schronisko i wypiłysmy herbatę w lokalnej restauracji. Dla fascynatów gór - mowa o masywie górskim Serra da Estrela. Na szczycie Torre w 1948 roku wybudowano 7-metrową wiezę, tak aby najwyzszy punkt w kraju sięgał 2000 m n.p.m.
Jesień w górach jest prześliczna! Kolorowe liście, skały, wijące się drogi. Jedynym minusem był straszny wiatr, który dał nam popalić. Potrzebowałam takiej wycieczki w naturę. Stęskniłam się za przyrodą, ogromną przestrzenią i powietrzem, które przeszywa nozdrza.
W środę wieczorem wybraliśmy się na imprezę do lokalnej dyskoteki o wdzięcznej nazwie "Chemistry" :) Jak to mówią w Covilha: "Szału nie było", ale wieczór można zaliczyć do naprawdę udanych. Bardzo sympatyczne towarzystwo, dobre drinki i przyjemna muzyka. Na koniec zabawne dialogi z Portugalczykami, którzy oczywiście nie mogliby przejść obojętnie na widok tylu pięknych Polek :) Pochwalę się skromnie, że udało mi się zamienić parę słów po portugalsku i stwierdzono, że jak na 3 miesiące w kraju to muszę być "muito inteligenta" :) Przyznam Wam się, że mówienie i rozumienie języka sprawia mi ogromną frajdę!
Podsumowując całą wycieczkę: piękne góry, świeże powietrze, silny wiatr, wszędzie pod górkę.
Ubolewam tylko nad jednym - nie usłyszałam ani razu "Foda-se"! Nie potrafiłabym chyba mieszkać w takim miejscu ;P Za bardzo przywiązałam się do tego słowa i ludzi, którzy wykrzykują je tysiąc razy dziennie :)
Korzystając z okazji, dziękuję MadzioO za zaproszenie, było naprawdę miło. Wpadaj do Lizbony - pokazemy Ci, jak się bawi na Dokach i w innych klimatycznych miejscach.
I tradycyjnie - zdjęcia z wyprawy:
W tle covilhańskie wzgórza
Eu gosto bombeiros, czyli jedno z trzech ulubionych słów po portugalsku
MadzioO, ja, Olka - północno-wschodnia Portugalia -inny kraj

Z dedykacją dla mojego wielbiciela Benfici :)
Widoki takie, ze az dech zapiera

Jesień wcale nie musi być szara, deszczowa i smutna
"Jesień trwa, rdzawych liści czas.."
Charakterystyczne pomarańczowe dachy i domy z białego kamienia - magicznie!
Podczas spaceru na Penha de Saude.Wiało tak, ze Olka musiała udawać Araba :P

Monia, MadzioO i Olka, czyli Polki na szlaku :)
A tu szalejemy po covilhańsku
Muzyka, zabawa, szał baj najt!
Monika, czyli magnes na covilhańskich rapazas :)

Drina goni kolejny drin...zwłaszcza, jak jest "lejdis najt" i rozdają za darmo!
Polska ekipa w akcji :)
PS. I piszcie foda-se komentarze!!!!